Drukarnie naukowe w Polsce mają bowiem stary i niewystarczający ilościowo sprzęt, mają nie tylko’ śmiesznie małą ilość monotypów, ale nie dysponują nawet nowoczesnymi linotypami (dla porównania: I Dru­karnia Akademii Nauk w Moskwie’ dysponuje 49 najbardziej nowo­czesnymi mikserami; we wszystkich drukarniach naukowych w Polsce mamy 1 mikser — dotychczas nieczynny). W rezultacie, o ile na dzień stycznia br. oczekiwało na rozpoczęcie składu 59 prac naukowych o  ogólnej objętości 879 arkuszy, to w dniu dzisiejszym stwierdzamy prawie dwukrotny wzrost prac oczekujących na druk, 103 książki — 1500 arkuszy. Ten stan rzeczy zagraża wykonaniu planu. wydawniczego Akademii w ogóle, a w każdym razie wykonaniu prac naukowych o skła­dzie trudnym. W tych warunkach musimy razem z naszymi partnerami w produkcji naukowo-wydawniczej domagać się radykalnej zmiany sy­tuacji i poddania gruntownej rewizji polityki Centralnego Urzędu Wy­dawnictw. Splotu tej całej problematyki nie rozwiążemy sami, nie zależy to •bowiem tylko od władz Akademii i Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego,ale do nas należy poprowadzić wielką kampanię o właściwe zrozumienie -w państwie roli badań naukowych, właściwe zrozumienie roli Akademii .. i szkoły wyższej, bo tych spraw oddzielnie traktować nie podobna. Zda­jemy sobie bowiem doskonale sprawę z tego, że walka o należyte doce­nianie roli szkoły wyższej, o zaopatrzenie zakładów uczelnianych, o kre­dyty na pracę naukową w szkołach leży w interesie rozwoju nauki pol­skiej, a więc i w interesie Akademii.

Nie chcę zamykać oczu na te czy inne błędy wydawnictw, ale nie­wątpliwe jest, że ciężar sprawy jest poza ich’ możliwościami. I tak dla przykładu PWN wykonało zadania planu Akademii w roku ubiegłym w ilości arkuszy wydawniczych i w numerach czasopism w 111%. Plan roku bieżącego wyższy o 60°/o jest dotychczas również wykonywany z nadwyżką (dane z ostatnich 5 miesięcy). Sytuacja taka nie ^noże nas jednak w żadnym wypadku uspokajać, gdyż jest ona wynikiem specjal­nych posunięć taktycznych wydawnictwa, które stara się przynajmniej ilościowo wykonywać swoje zadania. Stale rosnący bowiem udział trud­nych wydawnictw językoznawczych i źródłowych w humanistyce oraz prac naukowo-technicznych i matematyczno-przyrodniczych powoduje rosnący zator w drukarniach naukowych, zwłaszcza w Krakowskiej Dru­karni Naukowej (tekstów językoznawczych) i we Wrocławskiej Drukarni Naukowej (tekstów matematycznych) oraz w drukami im. Rewolucji Październikowej w Warszawie.

Wiele cennych prac prowadzonych w Wydziale III i IV nie ma do­statecznej bazy materialnej. Małą pociechą jest, że równolegle pracuje imponująca liczba instytutów resortowych, ponieważ i one nie mogą na­leżycie spełniać właściwych im zadań, gdy brak jest odpowiednio zor­ganizowanych instytutów rozwijających badania podstawowe, gdy brak im równocześnie odpowiedniego zaplecza w zakładach uczelnianych.Jasno i wyraźnie trzeba powiedzieć, że spychanie na szary koniec zaopatrzenia zakładów akademickich i uczelnianych w nowoczesną apa­raturę jest jednym z najszkodliwszych zjawisk nie tylko dla dalszego rozwoju nauki, ale w dalszych konsekwencjach i dla postępu technicznego. Innym wielce szkodliwym zjawiskiem tej samej kategorii, bo świad­czącym o niedocenianiu roli nauki i publikacji prac naukowych, jest katastrofalny stan drukarstwa naukowego. Choć ze względu na rozmiary tego referatu staram się unikać spraw szczegółowych, wydaje mi się jednak w tym wypadku niezbędne odstąpienie od tej zasady. Sprawa jest bowiem wysoce niepokojąca, a ponadto o innych problemach mówi­liśmy ostatnio częściej, ten zaś nie został z dostateczną siłą publicznie postawiony. Otóż wedle oświadczenia dyrekcji PWN przeszło 100 prac czeka obecnie na rozpoczęcie składu, a liczba ta stale musi wzrastać.

Dziedzinami tymi są np. fizyka ciała stałego i w znacznej części także fizyka jądra atomowego, prawie cała chemia, medycyna, biochemia, wiele dziedzin metalurgii i metaloznaw­stwa, wiele działów najszybciej dziś w świecie rozwijających się kierun­ków techniki związanych z wielkimi szybkościami ruchu. Ciekawie wy­gląda statystyka, jaką przeprowadził prof. W. Swiętosławski, zestawiając komunikaty ogłoszone w latach 1953—1956 w „Biuletynie Zagranicznym * Wydziału’III. Ze statystyki tej wynika, że matematycy zgłosili 79 komu­nikatów, tyleż komunikatów zgłosili chemicy, fizycy-teoretycy — 30, a fizycy doświadczalni mniej, bo tylko 29. Ponadto 20 komunikatów obejmuje inne nauki Wydziału III. Dobrze więc wygląda dorobek ma­tematyków, pozytywnie też ocenić trzeba dorobek chemików, zwłaszcza że ogłaszają oni swe prace i w; innych czasopismach. Zatrzymajmy się  jednak chwilę nad komunikatami fizyków. Po pierwsze prac tych jest ogółem mało, po drugie proporcje wewnętrzne nie są właściwe. Brak dostatecznej ilości prac z fizyki doświadczalnej wiąże się niewątpliwie z małą liczbą fizyków doświadczalnych, ze znacznie większą pracochłon­nością badań doświadczalnych i z koniecznością dysponowania należytym wyposażeniem eksperymentalnym, a więc i z kosztownością tych badań.

Jeśli nie byłoby celowe i możliwe całkowite przekreślenie dotych­czasowej drogi rozwoju Akademii — to jakaś gruntowna rewizja metod postępowania na dalszą przyszłość jest chyba niezbędna. Sprawa ta na­daje się do szczegółowej dyskusji wewnątrz poszczególnych wydziałów Akademii, a W szczególności stać się powinna troską jej Prezydium. Stawiając ten postulat jestem świadom, że wiele zależy tu od naszej pracy, choć całości zagadnienia sami nie rozwiążemy. Sięgając jednak do dyskusji, jakie toczą się w ramach Akademii, wystarczy przypomnieć choćby dystans, jaki coraz bardziej dzieli dyscypliny teoretyczne i do­świadczalne.Dumni jesteśmy z osiągnięć naszych matematyków i fizyków-teore- tyków. Dorobek ich pod względem ilościowym i jakościowym jest bar­dzo okazały i cieszy, się w świecie ustaloną sławą. Ale istnieją działy nauki i jej zastosowań,, w których, niestety, jeszcze, teoria nie zajęła przodującego miejsca, w których nie może przewidywać faktów z do­stateczną ścisłością i nieomylnością.

Pod tym względem mamy inne doświadczenia niż np. Akademia Czechosłowacka czy Nie­miecka. Np. Akademia Niemiecka wydała na inwestycje do chwili obec­nej 90°/o ogólnego nakładu kosztów na trzy tylko dyscypliny: fizykę, chemię i medycynę. Z budżetu konsumpcyjnego tej Akademii corocznie 50% wydatków idzie na dwie tylko nauki: fizykę i chemię. Nie przeszko­dziło to zresztą byłemu jej prezesowi prof. Friedrichowi napisać w arty­kule do „Nauki Polskiej”, że w dziedzinie chemii nie uzyskano jeszcze należytego stanu wyposażenia pracowni chemicznych. Natomiast w Aka­demii Czechosłowackiej badania fizykochemiczne rozwijają się w kilku zaledwie, w pełni świadomie wybranych kierunkach podstawowych: ka­talizie, fizykochemii polimerów, chemii izotopów i polarografii. Inne kie­runki rozwijane są nadal w katedrach szkół wyższych i instytutach re­sortowych, co prawda lepiej obsadzonych kadrowo niż nasze instytuty. Nie jestem zdania, abyśmy ślepo naśladowali naszych kolegów niemiec­kich czy czeskich — warunki u nas są inne. Zarówno metoda, jaką z ko­nieczności zastosowaliśmy u nas, jak i metoda naszych sąsiadów mają swoje plusy i minusy. Wydaje się jednak, że przy właściwym ustawie­niu instytutów resortowych i zakładów uczelnianych — droga Akademii Niemieckiej czy Czechosłowackiej dać winna lepsze rezultaty.

Byłoby mijaniem się z prawdą gdybyśmy powiedzieli, że władze PAN nie dostrzegały tego zadania, że nie usiłowaliśmy działać w tym kie­runku. Można by. przytaczać przykłady skutecznej naszej’ingerencji z każdego wydziału. I tak np. niewątpliwie zasługą PAN jest, że poja­wiły się już wartościowe publikacje z dziedziny problemów stochastycz­nych (w matematyce), teorii ciała stałego (fizyka), katalizy i fizykochemii polimerów (chemia), badania nad fauną i florą Polski, metabolizmem owadów itd. To dzięki słusznej i planowej pracy Wydziału IV rozwinęło się czasopiśmiennictwo naukowo-techniczne. Oczywiście przykładów ta­kich jest dużo więcej. Ale czy efekty są dostateczne? Czy realizacja słusz­nej koncepcji Wytycznych była zdrowa? Trudno to w szczegółach roz­szyfrować, gdyż było wiele wypadków sztucznego podciągania pod sfor­mułowania Wytycznych innej tematyki. Nie to jest jednak najważniej­sze. Istotne jest to, że życie spychało nas na drogę „wszystkoizmu”, jeśli nie we wszystkich dziedzinach, to w bardzo wielu.

Czy było to słuszne? Z punktu widzenia racjonalnej organizacji Aka­demii — nie. Równocześnie zaś nie mogła Akademia bezradnie przyglą­dać się sytuacji nauki w szkołach wyższych. Gdyby bowiem zakłady uczelniane miały zapewnione należyte możliwości rozwijania badań na­ukowych — mniejsze byłyby naciski na Akademię, a z kolei Akademia mogłaby prawidłowo rozwijać sieć swoich placówek, skierowując swoje wysiłki na odcinki wymagające specjalnej opieki czy też większych war­sztatów naukowych, niż mogłyby je stworzyć uczelnie. Jakże często o po­wstaniu placówki PAN decydował w tych warunkach przypadek, a nie właściwie skonstruowany, przemyślany plan działania. Jeśli bowiem ciasny utylitaryzm, prowadzący do wadliwej konstruk­cji placówek badawczych,i wadliwego planowania badań, jest jak naj­bardziej na dłuższą metę szkodliwy — to nie znaczy to wcale, że właści­wym przeciwstawieniem się mu jest pełna nieingerencja w rozwój nauki. Nikt zresztą nie zechce chyba takiej teorii bronić, gdyż odpowiedzial­ność za właściwy rozwój nauki musi prowadzić do otaczania szczególną opieką bądź to całych dyscyplin, bądź poszczególnych kierunków ba­dawczych, ważnych dla jej dalszego rozwoju, a aktualnie zapóźnionych.

Nie mając też wpływu ani na rozdział kredytów, ani na funkcjonowa­nie, ani na dobór kadr, ani na zaopatrzenie placówek resortowych, nie mając należycie ustawionego profilu placówek własnych PAN pozo­rowała koordynację poprzez rozpatrywanie planów badawczych. Równocześnie wszelka polityka organizacji życia naukowego w Aka­demii załamywała się pod naciskiem sytuacji zakładów uczelnianych i znajdującej się w nich profesury. Z drugiej znów strony i plany ba­dawcze wielu naszych placówek nie mogły znaleźć równowagi między niezbędną problematyką podstawową a ciasnym praktycyzmem. Równo­cześnie brak należytego ustalenia zadań poszczególnych pionów działal­ności badawczej oraz małe możliwości prowadzenia badań w zakładach uczelnianych spowodowały, że w praktyce dążyliśmy do objęcia możli­wie szybko przez sieć placówek Akademii wszystkich dyscyplin nauko­wych, choćby poprzez placówki maleńkie, czasem na poły fikcyjne, bo w istocie stanowiące część zakładu uczelnianego.

W sposób jeszcze bez porównania groźniejszy odbijało to się na szko­łach wyższych. A choć teoretycznie znikła po krótkim żywocie teza, że szkoły wyższe to nie badania naukowe, ale tylko i jedynie dydaktyka, w praktyce skutki tej tezy przetrwały do dziś. A tymczasem nauka po­zostawiona w uczelniach wyższych bez opieki, bez możliwości rozwoju — szukała oparcia poza szkołami. Nasza profesura, zwłaszcza jej część na­ukowo najwartościowsza, paraliżowana badawczo w zakładach uczelnia­nych — domagała się pomocy ze strony Akademii i w konsekwencji znaj­dowała taką pomoc, na jaką Akademię stać było, a więc słabiutką, pzwalającą nie żyć i rozwijać się, ale wegetować.Skutki nie pozwoliły na siebie czekać zbyt długo, również i dla Aka­demii. Po pierwsze więc PAN nie mogła spełnić w skali krajowej swych funkcji koordynacyjnych, gdyż przy tak wadliwym ustawieniu całości spraw czynnikiem koordynującym i decydującym mogła być jedynie PKPG. Rozdział środków państwowych na naukę ustalany był — jak to się nieładnie mówi — „odgórnie”, bez wpływu uczonych, nawet bez kon­sultacji Akademii, formalnie najwyższej instytucji naukowej w kraju.