Zatrzymując się tak szeroko nad niektórymi z przyczyn hamującymi rozwój nauki nie mam zamiaru pomniejszać znaczenia innych, o których przy różnych okazjach była już szeroko mowa, jak np. wciąż jeszcze — mimo znacznej poprawy — niedostateczny kontakt z życiem naukowym .za granicą, wciąż niezadowalający stan naszych wydawnictw, błędy w polityce kadrowej, wadliwy system przygotowywania pracowników nauki itp. Jeśli nad sprawami tymi nie zatrzymuję się tu bliżej, to przede wszystkim ze względu na szczupłe ramy i tak już obszernego referatu,

, który narzucał konieczność dokonania i w tym względzie wyboru. Trud­no jednak nie poświęcić kilku choćby słów specjalnie sprawie — znaj­dującej się już wprawdzie w fazie załatwiania  niemniej jednak spra­wie szczególnej wagi. Mówię o konieczności poważnej regulacji uposażeń pracowników nauki. Bez poważnej bowiem, a nie symbolicznej regu­lacji tego zagadnienia nie: może być mowy o właściwym wykorzystaniu możliwości naukowych, zwłaszcza młodszych pracowników, nie ma mo­wy o walce z „wielowarsztatowością” ich pracy tam, gdzie nie jest to uzasadnione względami kadrowymi czy naukowymi.Niewątpliwe jest, że pogląd ten rozumiany jest coraz szerzej i poza naszym środowiskiem, ale póki nie będzie załatwiony, nie wolno nam przestawać przypominać jego ważności.

Dyrektywa ta będzie mogła znaleźć pełne zastosowanie, gdy zapew­niając środki materialne pracy uczonych, zapewnimy im jednocześnie wolność badań naukowych. Zechcą też mi wybaczyć łaskawi słuchacze krótką dygresję pole­miczną. Gdy przed kilkoma tygodniami mówiłem w sejmie o postulacie wolności badań i walce o bezwzględną prawdę wyników, a w ślad za tym, o prawdzie jako naczelnej zasadzie nauczania — spotkałem się na­wet ze strony pracowników nauki z wątpliwościami, wynikającymi z nie­wiary w możliwość istnienia wolności nauki i bezwzględnej prawdy naukowej. Odpowiedź na te wątpliwości może być tylko jedna: wolność nie oznacza tu równowartości każdego badania, nie wyklucza wysuwania zadań stawianych przed nauką, zawiera natomiast tak istotne elementy, że ograniczę się tylko do najważniejszych, jak decyzja samych uczonych w zakresie najwłaściwszych metod rozwijania reprezentowanej przez nich dyscypliny, pełna swoboda krytyki i oceny tych metod, pełna swo­boda dyskusji naukowej. Łączy się z tym walka o prawdę wyników, prawdę, którą uczony wysnuł z badanych faktów i w którą wierzy tak długo, dopóki nowe argumenty, wynikające z nowych badań jego włas­nych lub jego kolegów, nie potrafią jej obalić.

A były w naszym życiu naukowym i rzeczy  jeszcze gorsze. Niektó­rym bowiem „pracownikom nauki” zdawało się, że służą narodowi i po­stępowi, jeśli za swą dyrektywę badawczą uznają nie poszukiwanie prawdy, lecz wyszukiwanie argumentów dla takiej czy innej tezy, wysu­wanej często ze środowisk pozanaukowych. Czy może być bardziej tra­giczne nieporozumienie? A granic takiej antynaukowej postawie wyty­czyć już w praktyce niesposób. Wiemy przecież, że prowadziła ona aż do świadomego ukrywania czy wręcz do fałszowania prawdy. I choć rad głęboko jestem, że nie znam podobnego wypadku związanego z nazwi­skiem któregokolwiek z członków- Akademii, sam fakt zaistnienia takich wypadków w naszym kraju nie pozwala” przejść nad tym zjawiskiem do porządku. Nie będziemy bowiem mogli wywalczyć nauce jej należnego miejsca w życiu kraju, jeśli cały ogół pracowników nauki nie zrozumie, że najlepiej służy na‘rodowi i postępowi, gdy wszystkie warsztaty nauko­we w kraju, zarówno zbiorowe, jak i indywidualne warsztaty każdego z nas będą podporządkowane jednej dyrektywie — poszukiwaniu praw­dy.

Takich przykładów można mnożyć wiele z tych i innych dyscyplin, jak filozofia, ekonomia itd. A wszystkie one sprowadzają się do tego, że w tej atmosferze musiała słabnąć prawdziwie naukowa kry­tyka i dyskusja, a bez wymiany poglądów, bez krytyki i dyskusji — nauka nie może się’ rozwijać. Oczywiście im bardziej tematyka miała charakter aktualny, im-bardziej powiązana była (lub tak się wydawało) z polityką bieżącą i mogła mieć na nią wpływ, tym dyskusje były słabsze, bardziej ogólnikowe i w rezultacie naukowo bezpłodne.  Przed uczonego twórczo torującego drogę rozwojowi nauki wysuwać się musiał w tych warunkach specjalista od’„dogmatyki”,’ „komentator”, węszący co w pracach jego twórczych kolegów jest „odchyleniem” czy „wychyleniem”, nie umiejący często dostrzec prawdziwego znaczenia osądzanych przez niego prac, gdyż nie szukał w nich tego co nowe i po­suwające naprzód naukę, ale tego, co zgodne lub niezgodne z tym, co on do wierzenia przyjął i innym wierzyć poleca. Stąd o ocenie prac decy­dowała często nie ich istotna treść, a sprawy drugorzędne, jeśli nie , wręcz marginesowe. A ile prac się nie ukazało,: uśmierconych w niejawnych ocenach przed publikacją, ile prac wbrew pierwotnym interwencjom autora zmieniło swe oblicze, .często bardzo niekorzystnie? Instytucja po­ufnych recenzji zasłużyła się. w tym bardzo wyraźnie.

‚Weźmy pierwszy lepszy z brzegu przykład: Słusznie np. lansowana była teza o szkodliwości korzenia się przed kulturą Zachodu, ale na pewno niesłuszne były praktyczne wnioski polegające na odcinaniu się od nauki Zachodu, zarzucaniu badań dotyczących Zachodu, upraszczaniu informacji historycznej, ekonomicznej, prawniczej, dotyczącej Zachodu. Skutek jest taki, że dziś, gdy bilansujemy osiągnięcia ostatniego dwu- nastolecia, możemy wymienić znikomą ilość studiów historycznych z za­kresu historii powszechnej., Nie mamy prawie ekonomistów, którzy mo­gliby przedstawić swoje badania nad ekonomiką państw zachodnich. Ko­mu to było potrzebne? Na pewno nie naszej nauce, której rozwojowi tego rodzaju „przegięcia” tylko szkodziły. Innego rodzaju przykład: sprawa Łysenki. Jako nie biolog nie zamie­rzam rozpatrywać, co w dorobku Łysenki jest trwałe i wartościowe. Zrobili to zresztą specjaliści, wykazując błędy i osiągnięcia tego uczo­nego. Ale prawdą jest również, że przez wiele lat każda ostrzejsza kry­tyka tez Łysenki była w pewnych kołach uważana za podejrzaną i bu­dziła wątpliwości, czy istotnie krytyk stoi na gruncie założeń materia- listycznych.

Ale przecież tylko łagodniej­szą jej postacią były takie zjawiska, jak nadmierny kult ustalonych auto­rytetów czy uznanych teorii naukowych i z góry potępianie każdego, kto się temu przeciwstawił. Przy czym nie chodziło tu” o uznanie ogólnych założeń metodologicznych, ale o tezy szczegółowe, które często wynikały z błędnego rozumienia założeń ogólnych. Prawda i to, że często nie łatwo było — zwłaszcza niespecjalistom — taką-sytuację rozszyfrować. Bywało bowiem, że pod pozorem atakowa­nia szkodliwych wypaczeń zwolennicy wstecznych metod badawczych atakowali bojowników o postęp w nauce. To wszystko jednak nie umniej­sza, a powiększa winy „komenderujących”, gdyż przez swe metody ułat­wiali akcję- wsteczników, a równocześnie odpychali wielu uczciwych uczonych. W tych warunkach wytwarzać się musiały fałszywe autorytety, praw­dziwy dorobek badawczy iść musiał w cień wobec umiejętności lanso­wania cudzych, ale aktualnie uznanych teorii, a „nadgorliwcy” każdą słuszną tezę polityczną gotowi byli doprowadzić do absurdu.

Jednak ograniczało się tylko do zewnętrznych, organizacyjnych form życia naukowego byłoby to zło, ale jeszcze nie największe. O wiele groźniejsze były inne przejawy komenderowania. Jedna z bardziej złośliwych jego form brała na ogół swe źródło w pobudkach subiektywnie uczciwych, ale — obiektywnie biorąc — prowadzących do paraliżowania rozwoju nauki.Mechanizm tego groźnego schorzenia wyglądał w skrócie mniej wię­cej tak: wychodząc ze słusznych założeń metodologicznych, walcząc o za­stosowanie materializmu dialektycznego i historycznego jako właściwej metody badawczej — ułatwiono sobie pozornie tę walkę. Zamiast prze­konywać, dyskutować, naprawdę walczyć, to znaczy obalać silniejszymi argumentami niesłuszne poglądy — uważano, że rozwiązuje się sprawę narzucając pewne ujęcia lub przeszkadzając głoszeniu innych.Prawda, że w tej klasycznej postaci, w której tę formę komendero­wania należałoby rozumieć jako rozkaz czy wymaganie posłuszeństwa dla pewnych tez czy też ludzi, którzy je głosili, ujawniała się ona rzadko nie dotykała najwybitniejszych uczonych.

Historia najwspanialszych okresów nauki wskazuje wyraźnie, że zawsze istniało zjawiskokierowania, że zawsze istniała potrzeba współ­działania w jej rozwoju i czynników pozanaukowych, że wpływ na ten rozwój musiało mieć „zamówienie społeczne”. Równocześnie jednak jest prawdą, że najwłaściwszą drogą realizacji „zamówienia społecznego , najwłaściwsze drogi rozwoju nauki’wskazać mogą tylko ci, którzy ją tworzą, a spośród nich ci szczególnie, którzy są najbardziej twórczy, naj­bardziej odkrywczy, rozporządzają najdoskonalszą na danym etapie me­todą badawczą. Jeśli o tym zapominamy, trudno jest mówić o „kiero­waniu”, a zamiast niego zjawia się „komenderowanie”.                          ‚Komenderowanie nauką miało zresztą,’ a w pewnych pozostałościach ma jfeszcze wiele odcieni i przejawiało się w najrozmaitszej formie. Naj­poważniejszą z nich to przekonanie, że uczeni sami mniej wiedzą, jak organizować pracę naukową niż wszystkowiedząca rzekomo grupa sui generis „administratorów nauki”. Stąd też krok już tylko do zbiurokra­tyzowania życia naukowego ze wszystkimi, w tym zakresie szczególnie wielkimi niebezpieczeństwami biurokracji, jeżeli nawet jej sprawcami byli również pracownicy nauki.

Już z tego, co było wyżej po­wiedziane, wynika jasno, że na naszym np. odcinku działania nikt nie jnoże zwolnić Akademii, nawet ona sama, z obowiązku kierownictwa. Sam rozdział środków na naukę oraz planowanie sieci placówek, ustala­nie stosunków między poszczególnymi „pionami” _ życia naukowego w związku z tym konieczność dokonywania wyboru, określenie hie­rarchii społecznej potrzeb, tworzenie najwłaściwszych warunków roz­woju pracy naukowej, walka o ideowe oblicze nauki, planowanie i kon­trola wyników badań, a w ślad za tym ocena aktualnej sytuacji w po­szczególnych dyscyplinach i opracowywanie wniosków do dalszego po­budzania ich rozwoju — wszystko to są elementy kierowania nauką w różnych ogniwach Akademii, od kierownictwa placówki po Zgroma­dzenia Ogólne. Nie zrezygnuje z kierownictwa całym życiem społeczeń­stwa, a więc i z wpływu na rozwój nauki partia, ale rzecz prosta nie o tych oczywistych sprawach pragnę tu mówić.

Starając się wykryć niektóre korzenie złej sytuacji obecnej w zakre­sie wzajemnego ustawienia placówek naukowo-badawczych, nie miałem ambicji wyczerpać tego zagadnienia. W tej chwili chodziło tylko o za­sygnalizowanie tego problemu. Mam. nadzieję, że dyskusja na obecnym -Zgromadzeniu, że praktyczne wnioski wydziałów, że wreszcie przyszła praca Prezydium nie tylko przyczyni się do pogłębienia tej analizy, ale pozwoli na skuteczną walkę o przezwyciężenie przyczyn naszych w tym zakresie niepowodzeń. Ja zaś z kolei pragnąłbym przejść do grupy spraw, ściśle zresztą związanych z poprzednio omawianymi, a również szkodli­wie ciążącymi na naszym życiu naukowym. W odróżnieniu jednak od poprzednich radykalne ich usunięcie zależy przede wszystkim od nas samych, choć i w tym wypadku wina nie zrodziła się tylko w naszym środowisku. Niewłaściwe zrozumienie hasła „nauka w służbie narodu postępu” prowadziło również do niewłaściwego pojmowania kierowa­nia życiem naukowym. Nikt nie potrafi udowodnić, że „kierowanie” i „komenderowanie” to pojęcia równoznaczne, a , tymczasem jeżeli nie w teorii, to w praktyce były one często traktowane wymiennie.